Piszemy
START / MEDIA / PISZEMY / EMAUS

Emaus

Historia, opisana w 24 rozdziale Ewangelii Łukasza, dla większości z nas jest dobrze znana. Opis wędrówki dwóch ludzi z Jerozolimy do małej miejscowości Emaus. Chociaż jest opisana tylko w jednej z Ewangelii, to nie jest to dziełem przypadku. Przyjrzyjmy się więc tej opowieści...
Minęły trzy dni po burzliwych wydarzeniach w Jerozolimie. Miasto wyciszyło się po pośpiesznym procesie skazującym na śmierć i egzekucji Jezusa, syna cieśli z Nazaretu, który jak cierń tkwiący w boku był powodem wielu obaw klasy rządzącej i dostojników religijnych, bo swoją nauką i postawą spowodował wiele zamieszania w ówczesnym świecie religijnym i politycznym, co groziło utratą ich pozycji społecznej na tle powszechnego buntu zwykłych obywateli, a dodatkowo  mogło skutkować zwiększeniem represji ze strony rzymskiego okupanta (patrz Ew. Jana 11:45-53). Zgodnie więc zapadła decyzja o pozbyciu się swojego najgroźniejszego konkurenta. Po egzekucji emocje opadły, by wzmóc się z nową siłą wczesnym rankiem trzeciego dnia, kiedy to do miasta przybiegli przerażeni strażnicy, którzy pilnowali grobu tego "oszusta" (patrz Ew. Mat. 27:62-66).
Ich relacje wywołały ogromne zamieszanie i zakłopotanie arcykapłanów. To, czego najbardziej się obawiali stało się faktem. Kolejne decyzje zapadają błyskawicznie i powstaje oficjalna wersja wydarzeń "dla zainteresowanych": - nie było żadnego zmartwychwstania, a ciało Jezusa wykradli w nocy uczniowie... Odpowiednia kwota w gotówce dla strażników dopełniła sprawy i taka też wieść rozniosła się pomiędzy Żydami (patrz Ew. Mat. 28:11-15).

Biblia nic nie mówi na temat, dlaczego dwóch z uczniów Jezusa odłączyło się od reszty i wyruszyło w podróż do Emaus. Może były to jakieś sprawy do załatwienia w pobliskim miasteczku, które czekały, aż zakończy się świąteczny okres. Ale być może była to nerwowa ucieczka przed przyszłością, która jawiła się w oparach niepewności i strachu, nerwowym wsłuchiwaniu się w każdy dźwięk na ulicy, w codziennym oczekiwaniu na śmierć... Przypuszczalnym impulsem do ucieczki mogła być poranna informacja o pustym grobie Jezusa, która spotęgowała i tak obecny stan przerażenia. Przecież wszystkie podejrzenia będą teraz skierowane na nich, że to oni wykradli ciało Mistrza (patrz Ew. Mat. 27:62-64).

Podczas wędrówki cały czas próbowali znaleźć logiczne wytłumaczenie tego, co się stało. Zajęci rozmową zauważają w pewnym momencie, że towarzyszy im ktoś trzeci - nieznajomy, który zapytuje ich o temat rozmowy, czym wywołuje u nich konsternację. Jak to, idzie z Jerozolimy i nie zna ostatnich dramatycznych wydarzeń? I nic nie słyszał o Jezusie z Nazaretu, wielkim człowieku i proroku, Jego nauce, znakach i cudach? Przecież to był Ktoś, o kim myśleliśmy, że wybawi Izraela spod rzymskiej okupacji, zrzuci z tronu Heroda i zasiądzie na nim jako prawowity władca z pokolenia Dawida, a został On skazany na śmierć przez przywódców Izraela i mija już trzeci dzień po Jego ukrzyżowaniu i śmierci. A dziś rano ogarnęło wszystkich przerażenie z powodu informacji, że grób jest pusty i że podobno On żyje. Grób rzeczywiście był pusty, ale nic nie wskazuje na to, że Jezus ożył...

Słowa nieznajomego były w tym momencie dla nich dużym zaskoczeniem – „O niemądrzy! Jakże trudno uwierzyć wam w to wszystko, co mówili prorocy. Czyż nie tak właśnie miał cierpieć Mesjasz, żeby potem wejść do swej chwały?” Ew. Łuk. 24:25-26.
A potem wędrując razem z nimi tłumaczył im dokładnie to, co było w Pismach napisane o Mesjaszu. Kilometry szybko mijały i zbliżyli się do Emaus. Dzień zaczął nachylać się ku zachodowi i należało pomyśleć o miejscu na nocleg, bo po zmroku dalsza wędrówka stawała się niebezpieczna. Lecz nieznajomy wykazywał chęć pójścia dalej.  Ale po namowach zgodził się im towarzyszyć. Gdy zasiedli do wspólnej kolacji nieznajomy wziął chleb, pobłogosławił, złamał i zaczął im podawać. Nagle uczniowie zorientowali się, że to wszystko zaczyna przypominać przysłowiowe déjà vu... Cała sytuacja wydała im się dziwnie znajoma, gdzieś to już widzieli i to całkiem niedawno. Nagle ich oczy otworzyły się i ze zdumieniem uświadomili sobie, że nieznajomy to Jezus we własnej osobie, żywy, prawdziwy... Ale nie zdążyli Go o nic zapytać, bo w tejże chwili zniknął sprzed ich oczu. Myśli zawirowały w głowach. Przecież czuli już coś wcześniej, ich serca płonęły, podczas gdy nieznajomy wykładał im Pisma. Zapada decyzja o natychmiastowym powrocie do Jerozolimy. Na miejscu dowiadują się, że nie tylko oni widzieli zmartwychwstałego Mistrza. Nagle pośrodku nich staje Jezus we własnej osobie ze słowami: POKÓJ WAM! Niczym duch, przez zamknięte drzwi. Konsternacja, przerażenie sięgnęły zenitu. Ale Jezus uspokaja emocje uczniów i krok po kroku tłumaczy zaistniałą sytuację na podstawie pism i proroctw, świadczących o Nim. Pokazuje im, że to, co było w ich umysłach, czym żyli poprzez minione lata było niczym innym, jak fałszywym obrazem Jego osoby, na którym budowali rzeczywistość i przyszłość. Wszystko niby układało się w logiczną całość, jedno wynikało z drugiego, a wizja przyszłych stanowisk w rządzie u boku nowego Króla mile łaskotała ludzkie ego. Dlatego to, co wydarzyło się w okresie minionych dni była dla nich czymś kompletnie niezrozumiałym, co zdruzgotało ten pięknie układający się obraz rzeczywistości i planów na przyszłość. Aresztowanie, proces i ukrzyżowanie Jezusa spadły na nich jak grom z jasnego nieba. Zamiast radości zwycięstwa zapanowały chaos, przerażenie i pustka. Zamiast nadziei, kolejne dni były jedną wielką niewiadomą, karmioną strachem przed śmiercią. Słów Jezusa nie pamiętał nikt, fałszywy obraz zasłonił wszystko...

 

Niewłaściwy obraz Boga, zbudowany z naszych wizji, wyobrażeń, pragnień. Układanka sytuacji i wydarzeń, tworzących logiczny obraz rzeczywistości, wyłaniający się z chaosu, niczym doskonale pasujące do siebie puzzle. Harmonijny obraz przyszłości z Bożym błogosławieństwem. Wszystko jest dobrze do momentu, gdy ten cudowny plan rozpada się niczym domek z kart. Dokładnie jak w wierszu Adama Mickiewicza o lisie i koźle: "Już był w ogródku, już witał się z gąską...". A było już tak blisko, w zasięgu ręki, i nagle pojawiają się nieprzewidziane okoliczności.
Porządek zamienia się w chaos, plany popadają w ruinę i nasz obraz Boga, który miał to wszystko błogosławić nagle traci sens. Zaczynamy patrzeć na całą sytuację tak, jak uczniowie Jezusa idący do Emaus: "A myśmy myśleli...". Jednak Boży plan okazał się zupełnie inny i dlatego słowa  nieznajomego były dla nich ogromnym zaskoczeniem, zmieniającym ich punkt widzenia o 180 stopni. No właśnie... Dlaczego ciągle próbujemy robić coś po swojemu? I oczekiwać od Boga, by to On dopasował Swoje rozwiązanie do naszych wyobrażeń i pożądań? Myślę, że większość z nas ma takie doświadczenia. Ileż to razy nie braliśmy pod uwagę innych rozwiązań, niż te, które doskonale pasowały w naszej logicznej układance. A ile potem pojawiało się rozgoryczenia, niezrozumienia i pretensji do Boga, bo nie otrzymaliśmy tego, co tak bardzo chcieliśmy i w co tak bardzo wierzyliśmy... Cóż, pewne rzeczy zobaczymy dopiero z perspektywy czasu. Zauważamy, że wiele porażek życiowych można było uniknąć. To, co wydawało nam się najbardziej niesprawiedliwe i niezrozumiałe w obrazie Boga, który sobie stworzyliśmy, nagle okazywało się zupełnie inne. Bóg wcale nie uwziął się na nas, nie robił nam "pod górkę", nie pozostawiał nas samych na pastwę losu. Najciekawsze jest to, że był On przy nas cały czas, tylko bardzo często to my nie chcieliśmy Go zauważyć. I pomimo całej naszej upartości, złości i błędów kochał nas nadal Ojcowską miłością. I często to, co wydawało nam się najgorszym i odrzucanym  przez nasz rozum rozwiązaniem okazywało się obrazem tej miłości. Bóg nas chronił, abyśmy nie popadli w jeszcze większe problemy. I chociaż Boże rozwiązania okazywały się bolesne, stały się błogosławieństwem. Obraz Boga okazywał się zupełnie inny, niż nasze wyobrażenia. On kocha nas pomimo tego, że musi nas cierpliwie korygować i czasami karcić, jako Dobry Ojciec swoje dzieci (patrz Hebr. 12:5-11). I taki jest nasz Bóg, pełen łaski, dobroci, przebaczenia i ojcowskiej miłości. Kimś, dla kogo jesteśmy cenni, bo wykupił nas za najwyższą cenę, cenę krwi Swojego Syna Jezusa Chrystusa, przelanej na Golgocie. I dlatego: "Bóg, tak jak chce, wstawia się za świętymi. Wiemy zaś, że wszystko przyczynia się do [pomnażania] dobra u tych, którzy miłują Boga i zgodnie z [Jego] postanowieniem są powołani." Rzym 8:27-28. Tylko my w naszym egoizmie nie potrafimy zrozumieć i przyjąć tego, co według boskiej miary jest dla nas dobre i właściwe. I w tym jest cały problem, że nasza miara jest zupełnie inna...

Właściwy obraz Boga. Temat jak najbardziej aktualny w dzisiejszych czasach. W czasach, gdy nowocześni "apostołowie wiary" promują na całym świecie "ewangelię nowego objawienia", która jakże łatwo porusza tłumy spragnionych "czegoś więcej". Ewangelię, która doskonale pasuje do humanistycznej wizji człowieka wierzącego. Pasującej do ludzkiego "ego". Wizję Boga Ojca, pełnego łaski i gotowego z radością bez wnikania w szczegóły spełnić wszystkie marzenia i oczekiwania swoich dzieci. Przecież dzieci Króla muszą mieć to, co najlepsze, nieważne, czy tego potrzebują. Ważne, że tego chcą i im się należy... Mają obraz Boga bez Boga. W centrum jest tylko ludzkie "ego" i jego potrzeby, podsycane materialistycznymi słowami "chcieć, mieć i być". A prawdziwy obraz Boga? Obraz ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa? Pokuty za grzech? Uświęcenia? Boga miłości, ale i sądu? To nie pasuje do dzisiejszej koncepcji człowieka, wywodzącej się z filozofii New Age, w której nie ma miejsca dla nienowoczesnego i nietolerancyjnego Boga, bo bogiem jest człowiek...

© 2004-2017 Kościół Zielonoświątkowy Zbór "BETEL" w Bydgoszczy. Wszelkie prawa zastrzeżone. Nasza strona internetowa korzysta z plików cookies. Wiecej informacji o polityce cookies