Świadectwa
START / MEDIA / ŚWIADECTWA / CHCĘ ODDAWAĆ CZEŚĆ BOGU W DUCHU I W PRAWDZIE... - KASIA Ł.

Chcę oddawać cześć Bogu w Duchu i w prawdzie... - Kasia Ł.
2006-04-06
Dziękuję Panu, że objawił mi prawdę o Sobie, obdarzył mnie łaską zbawienia. Chcę opisać, co Jezus uczynił w moim życiu i zawsze za to Jemu składać dzięki. Pochodzę z rodziny katolickiej, która wierzy w Boga. Rodzice zawsze uczęszczali na niedzielne Msze, niekiedy też i w ciągu tygodnia. Mam czterech braci. Wszyscy byli ministrantami i służyli do Mszy. Jeden z braci wstąpił do seminarium diecezjalnego i został księdzem. Od początku mego życia kręciłam się przy kościele. Oprócz uczestnictwa we Mszy brałam udział w różnych nabożeństwach, angażowałam się także w działalność grup, które istniały przy parafii. Pochodzę z Barcina z diecezji gnieźnieńskiej. Tam też się urodziłam 24 listopada 1964 r. Zawsze chciałam służyć Bogu. Będąc jeszcze w szkole podstawowej uczestniczyłam w rekolekcjach organizowanych przez różne zgromadzenia zakonne. Po ukończeniu podstawówki, rozpoczęłam naukę w Kolejowej Szkole Zawodowej w Inowrocławiu. Jednak uczyłam się tam tylko rok. W wakacje wzięłam udział w rekolekcjach u Sióstr Elżbietanek. Wtedy podjęłam decyzję, że chcę wstąpić do tego Zgromadzenia. Mnie osobiście po tych rekolekcjach "coś" tam do tego Zgromadzenia bardzo ciągnęło. Odpowiedziałam Panu, że tam przyjdę. No i wstąpiłam. Razem ze mną wstąpiły do Zgromadzenia również inne dziewczęta. Przerwałam szkołę zawodową i pojechałam do Poznania. Tam rozpoczęłam też naukę w Liceum Ogólnokształcącym dla Pracujących. Na początku nie dotyczyły mnie jeszcze wszystkie praktyki życia zakonnego. Do szkoły uczęszczałam popołudniami, zaś przed szkołą były inne zajęcia. Rano, gdy wstawałyśmy była Msza św., później śniadanie, następnie czytanie duchowne, potem praca do obiadu. Prace odbywały się w kuchni, pralni i na klatce schodowej. Później obiad - w południe, a po południu do szkoły, aż do wieczora. W tym czasie, który nazywał się w życiu zakonnym postulatem, zapoznawałam się z tym życiem i poznawałam Zgromadzenie. Po czterech latach liceum przystąpiłam do matury, ale jej nie zdałam. Udało mi się to dopiero, gdy już byłam siostrą zakonną. W zakonie również ukończyłam studia na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu, filia w w Bydgoszczy. W 1984 r. w Poznaniu w Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety otrzymałam habit zakonny, welon i nowe imię siostra Maria Julia. Rozpoczęłam tzw. Nowicjat, który trwał rok i przygotowywał do złożenia ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Śluby te były składane Bogu. Po złożeniu ślubów rozpoczął się czas zwany Junioratem, w którym co rok lub dwa lata ponawiało się śluby, bo były one składane na pewien czas. Juniorat trwał 5 lat. Wyjechałam wówczas na pierwszą placówkę. Zajmowałam się katechezą przy parafii i posługą w zakrystii. Wszystkie moje prace starałam się wykonywać dla Boga i gdy było mi ciężko, często mawiałam: "Gdyby nie Jezus, to już dawno bym stąd poszła". Różny był czas we wspólnocie zakonnej. Ja również nie byłam idealna. W 1990 r. złożyłam śluby Bogu na wieczność. W rok po ślubach zaczęły nachodzić mnie różne myśli. Zastanawiałam się nawet nad odejściem ze Zgromadzenia. Jednak rozmowa ze spowiednikiem podniosła mnie na duchu. Potem przyszły inne placówki, na których coraz lepiej widziałam, że w moim życiu zakonnym, które miało być poświęcone Bogu, wcale tego ducha Bożego nie ma. Wprawdzie na zewnątrz wyglądałam na zadowoloną, wszystko się udawało, pracowałam z dziećmi i z młodzieżą. Prowadzeniem scholi i innych grup próbowałam ożywić parafię. Zaczęły nachodzić mnie myśli, że moje życie traci sens. Do tego dochodziła nerwica, która bardzo przeszkadzała mi w życiu. Jak tylko sięgam pamięcią do życia klasztornego, to ciągle towarzyszył mi jakiś niepokój. Gdy byłam na placówce w Kruszwicy, nie potrafiłam sobie poradzić z chorobą. Modliłam się i prosiłam Pana, aby mnie od niej uwolnił. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Pamiętam, jak bardzo prosiłam Jezusa o uzdrowienie podczas Komunii Św. Modliłam się do Niego, który był w tym białym chlebie. Wówczas odczułam jakiś mur, który oddzielał mnie od Jezusa. Jakiś czas po tym wydarzeniu przeniesiono mnie na kolejną placówkę, do Strzelna. Tam powierzono mi stanowisko przełożonej domu. Oprócz tego uczyłam religii w szkole, spotykałam się z młodzieżą i dziećmi. Spotkania te, jak i nauczanie w szkole dawały mi dużo radości i zadowolenia. Jednak coraz bardziej zastanawiałam się nad celem życia zakonnego i jego sensem. W tym czasie modliłam się jak zwykle: brewiarz, różaniec, odprawiałam rozmyślanie - medytację i odmawiałam różne modlitwy przeznaczone na dany dzień. Czytałam również Pismo Święte i myślałam, rozważałam jego teksty. Prawdę mówiąc, fragmenty z Biblii nudziły mnie, ponieważ czytane od tylu lat nie wnosiły nic nowego w moje życie. Było mi bardzo smutno i chciałam, aby Jezus był blisko mnie, gdy przebywałam w kaplicy zakonnej. Prosiłam Ducha Świętego, aby mnie oświecał, ale ciągle czegoś mi brakowało. Pragnęłam być złączona z Panem, ale wciąż stało mi coś na przeszkodzie. Przyszedł czas, kiedy ponownie pomyślałam o opuszczeniu zgromadzenia. Nie widziałam sensu dalszego życia. W takim stanie ducha pojechałam na wakacje do Rodziców do Barcina. Był to lipiec 2002 r. Wówczas to, po długim czasie niewidzenia, spotkałam kuzyna ze strony mamy. Przyjechał z Wyszkowa, aby u nas odpocząć. Spotkanie to bardzo mnie ucieszyło. Rozmawialiśmy i dzieliliśmy się tym, co u nas w życiu. Kuzyn pokazał mi śpiewnik, który z sobą przywiózł. Przeglądając go, trochę się zdziwiłam, że nie znam żadnej pieśni, a przecież znałam różne, i stare, i nowe. Okazało się, że jest to śpiewnik chwalący Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego - typowo ewangeliczny. Rozpoczęliśmy rozmowę na temat Boga. Przedstawiłam kuzynowi swoją sytuację i brak poczucia sensu życia zakonnego. Z wielkim zdziwieniem słuchałam, gdy mówił o Bogu, który kocha człowieka, o nowym narodzeniu, o przebaczeniu i odpuszczeniu grzechów. Wszystko to potrafił bardzo dobrze poprzeć słowami Ewangelii. Myślałam sobie: mnie, po studiach teologicznych, ktoś będzie uczył jak czytać Biblię i jak ją rozumieć. Szybko jednak zrozumiałam, że to, co mówił kuzyn jest prawdą. Słowo Boże jest żywe i skuteczne również dziś. Przekazał mi również prawdę o nowonarodzeniu. Oczywiście inaczej to rozumiałam, tak jak nauczał Kościół Katolicki. A tutaj usłyszałam, że to ma być moja osobista decyzja. Sama mam obrać Jezusa za mego Pana i Zbawcę. Rozmawiałam również o moich postanowieniach bycia lepszą każdego dnia. Doszłam do zrozumienia, że sama z siebie nic nie potrafię. To Jezus może mnie zmienić. I wreszcie te piękne słowa, że tylko przez łaskę jesteśmy zbawieni, a nie w skutek czegoś, co zrobiliśmy. Po wszystkich rozmowach z kuzynem moje spojrzenie na Biblię zaczęło się zmieniać. Dzięki łasce Jezusa Chrystusa i Jego światłu, Słowo Boże zawarte w Piśmie Świętym zaczynało być dla mnie żywe. Mało tego, życie z dnia na dzień nabierało sensu i chociaż dni podobne do siebie, to jednak inne. Po dwóch tygodniach wakacji wracałam do domu zakonnego z głową pełną nowych myśli na temat Biblii i innego jej zrozumienia. Byłam szczęśliwa. Ciągle chciałam mówić o Panu i Jego Słowie. Nerwica nadal mi dokuczała. Czytałam Biblię i bardzo utkwiły mi słowa Jezusa wypowiedziane do Samarytanki przy studni, że "nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali". Bardzo pragnęłam tak oddawać cześć Bogu. Krótko po przyjeździe z wakacji, w kaplicy domowej oddałam siebie, całkowicie świadomie, Jezusowi i prosiłam, aby On był moim Panem i Zbawcą. Prosiłam również, aby obmył mnie Swą Świętą Krwią wylaną za mnie na Krzyżu za moje grzechy. Również wszystkie moje grzechy Jemu oddałam. Prosiłam też o uwolnienie od nerwicy. Jezus Chrystus przyjął moje oddanie i powoli uwalniał z nerwicy, aż do całkowitego uzdrowienia. Czułam, co się ze mną dzieje. Nie musiałam przyjmować żadnych uspokajających kropli i tabletek. Niech Pan będzie uwielbiony za to, że mogłam poznać całą prawdę o Nim. Pozostawałam w życiu zakonnym, ale w moim sercu gościł Jezus ze swym pokojem i radością. Miałam teraz o wiele więcej sił do pokonywania trudności. Często rozmawiałam z kuzynem przez telefon o tym, co przeżywam i czego dokonuje we mnie Pan. Stawałam się innym człowiekiem. W miejscowości, w której byłam, nie miałam z kim rozmawiać o Ewangelii Jezusa Chrystusa i o moich odkryciach. Przeżywałam to wszystko z Panem. Współsiostrom w domu zakonnym jeszcze nie chciałam nic mówić. Również młodzieży, którą uczyłam religii w gimnazjum i w liceum też nie chciałam gmatwać w głowach. Jesienią poddałam się zabiegowi usunięcia woreczka żółciowego, a po trzech tygodniach od wyjścia ze szpitala, w połowie grudnia 2002 r., zostałam poddana kolejnemu zabiegowi. Gdy wyszłam ze szpitala, kilka miesięcy przebywałam w domu rodzinnym w Barcinie. Muszę przyznać, myślałam, że po operacjach wszystko mi przejdzie, to znaczy, że zapomnę o tych prawdach ewangelicznych. Jednak na szczęście tak się nie stało. Podczas powrotu do zdrowia wszystko na nowo we mnie odżywało. Wówczas to, w styczniu 2003 r. przestałam już modlić się za pomocą różańca. Byłam przekonana, że jedynym pośrednikiem do Ojca jest Jezus Chrystus. Myśli o Bogu, Jego Synu Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym wypełniały czas mojej rekonwalescencji. Pan dodawał mi sił i powracałam do zdrowia. Czytałam Biblię i dużo różnych książek, które wzmacniały moją wiarę w Pana i mówiły o życiu ludzi, którzy wybrali Jezusa. Z dniem 1 marca 2003 r. wróciłam do pracy w szkole. Podczas prowadzenia katechez, gdy tylko mogłam, podkreślałam uczniom prawdy, które podaje Jezus w Ewangelii. W tym czasie znalazłam przyjaciółkę w osobie Magdaleny, która była nauczycielką angielskiego w Liceum Ogólnokształcącym w Strzelnie. Magda również spotykała się z ludźmi, którzy wierzyli ewangelicznie i chciała się tym z kimś podzielić. Pewnego razu, gdy Magda weszła do pokoju nauczycielskiego - nie było nikogo, tylko ja - zakonnica. Po chwilowym wahaniu Madzia opowiedziała mi, jakich wspaniałych ludzi poznała, tyle, że oni nie wierzą tak jak podaje Kościół Katolicki, lecz tak jak mówi Ewangelia. Opowiadania jej wysłuchałam i odpowiedziałam, że ja tak samo myślę. W tym dniu rozmawiałyśmy całą godzinę i było nam jeszcze mało. Od tej pory nasze spotkania były częstsze, a tematem był Jezus i Jego Ewangelia. Mijały dni, a ja coraz bardziej poznawałam Jezusa i Jego naukę zapisaną na kartach Biblii. Zauważyłam, że to czego dowiaduję się z Ewangelii, nie zawsze zgadza się z nauką, którą podaje Urząd Nauczycielski Kościoła Katolickiego. Uczestnicząc we mszy św. i słuchając Słowa Bożego, zauważałam, że czyta się Słowa Jezusa lub Apostołów o danych prawdach wiary, a za chwilę postępuje się zupełnie inaczej. Chociażby słowa: Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony. Jak bardzo ważna jest wiara w życiu człowieka. Najpierw trzeba samemu uwierzyć w Jezusa, a potem dopiero przyjąć chrzest dobrowolnie. Każdy musi sam zdecydować o tym, czy chce być z Jezusem i prosić, aby On był jego Panem. To, co się dzieje z małymi dziećmi przynoszonymi do chrztu w Kościele Katolickim, zakrawa na magię. Z małego dziecka rośnie młody człowiek, który odrzuca całkowicie Boga i wszystko, co jest z Nim związane. Tradycja jest stawiana na miejscu wyższym niż sam Bóg. Bardzo ciężko było mi słuchać kazań lub homilii w kościele, ponieważ moje myśli w sercu były zupełnie inne - zgodne z Ewangelią. Przyszedł czas, że wspólnie z Magdą odwiedziłyśmy znajomą rodzinę Basi i Roberta. Nie wiedziałam, w jaki sposób mnie przyjmą, jak się zachowają, gdy zobaczą mnie w stroju zakonnym. Jednak okazało się, że nie był to dla nich problem. Byli bardzo otwarci na rozmowę o Bogu i Ewangelii. Bardzo lubiłam jeździć do nich na spotkania biblijne. Mówiliśmy wówczas o prawdach, które w Kościele Katolickim są inaczej podawane niż ukazuje to Biblia. Po każdym takim spotkaniu otrzymywałam więcej radości od Jezusa, mocy i odwagi do kroczenia tą drogą, na którą weszłam. Nadszedł również moment, kiedy Basia i Robert zaproponowali mi, abym pojechała z nimi do Zboru Zielonoświątkowego w Bydgoszczy. Ponownie opanowały mnie obawy, jak mnie odbiorą w tamtej wspólnocie. Wszędzie wchodziłam przecież jako siostra zakonna. Odwaga, którą dał Pan przemogła moje obawy i pojechałam. Nabożeństwo w niedzielę rozpoczynało się o godz. 10.00. Musiałam też być na Mszy Św. w kościele parafialnym, dlatego też rano na godz.7.00 poszłam na Mszę Św. a później pojechałam do Zboru. Z mojego pierwszego udziału w nabożeństwie w Zborze pamiętam bardzo dużo śpiewu. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie głośna modlitwa ludzi, która płynęła z serca. Treścią tej modlitwy było to, co człowiek aktualnie przeżywa. Nie były to jakieś formułki wyuczone na pamięć i odmówione. Także Słowo Boże, które było czytane a potem rozważane dało mi dużo do myślenia. Nauka Boża była inaczej głoszona niż w Kościele Katolickim. Po moim pierwszym zetknięciu się ze Zborem i nabożeństwem zielonoświątkowym, pragnęłam częściej w nich uczestniczyć. Siostry ze wspólnoty, do której należałam, zaczęły coś podejrzewać. Bo też z moimi myślami i przekonaniami nie za bardzo się kryłam. Rozmawiałam z siostrami o prawdach wiary i o tym, w jaki sposób podczas kazań jest głoszone Słowo Boże. Duch Święty wykonywał we mnie swą pracę, ukazując jak wiele prawd, w które wierzyłam jest niezgodnych z Ewangelią. Coraz częściej przypominały mi się słowa św. Pawła z listu do Rzymian: "wszystko co nie wypływa z przekonania, jest grzechem". Wiedziałam, że moje przekonania są kształtowane zgodnie z Ewangelią, a niezgodnie z nauką Kościoła Katolickiego. W moim wnętrzu powstawał rozdźwięk. Uczestnictwo we Mszy Św. stawało się dla mnie smutne i przykre. Było mi ciężko, ponieważ znałam słowa mówiące o tym, że Jezus raz się ofiarował, aby zgładzić grzechy wielu i innej ofiary nie trzeba. Co ciekawe, te same słowa czytano podczas liturgii słowa we Mszy, a nikt na nie nie zwracał uwagi. Ważne było tylko, że Msza jest szczególnie odprawiana za dusze wiernych zmarłych, które są w czyśćcu, chociaż żadnego czyśćca nie ma. Jest niebo i piekło, co wypływa z Ewangelii Jezusa Chrystusa. I tak powoli kolejne prawdy Duch Święty odkrywał przede mną. Poznając je, coraz bardziej widziałam, że oddalam się od Kościoła, w którym żyłam. Cieszyłam się poznawanymi prawdami. Nie zastanawiałam się nad odejściem z obrane drogi życia zakonnego. Poznane prawdy, na ile tylko mogłam, przekazywałam młodzieży w klasie maturalnej oraz w trzeciej klasie gimnazjum. Byłam zadowolona, że młodzież potrafiła wyciągać wnioski z tego, co ode mnie usłyszeli. W parafii prowadziłam scholę dziewcząt. Razem śpiewałyśmy i grałyśmy na niedzielnych Mszach. Byłam z nimi zaprzyjaźniona. Starałam się też podsuwać im myśli o moich ewangelicznych odkryciach. Różne były reakcje dziewcząt. Spotkałam się ze zdziwieniem, które przeradzało się w niechęć do mnie. Ale było również zrozumienie i zainteresowanie takim patrzeniem na Ewangelię. Zdarzyło się też, że jedna z dziewcząt wszystko opowiedziała jednemu z księży w parafii. Efektem tego było kazanie na zakończenie Oktawy Bożego Ciała. Tematem kazania była Eucharystia i udowodnienie, że w niej jest rzeczywiste i prawdziwe ciało Chrystusa. Wówczas, gdybym mogła, wyszłabym z kościoła i już więcej tam nie wróciła. Po tych wszystkich wydarzeniach uświadomiłam sobie, że trzeba zrobić coś z tym wszystkim, co wiem i co się ze mną dzieje Przychodziło mi na myśl, że dłużej nie mogę prowadzić takiego życia, ponieważ inaczej wierzę i inaczej postępuję. Bałam się myśli o opuszczeniu Zgromadzenia i Kościoła. Jednak ona sama się pojawiała. Wtedy zrozumiałam, że mogę albo zostać w zakonie i zapomnieć o tym wszystkim, czego Jezus dokonał już w moim życiu, albo mogę odejść i żyć z Jezusem na codzień, cieszyć się jego nauką i pokojem, jakiego dotąd nie znałam. Trudno mi było myśleć o odejściu, odsuwałam tę myśl. Wreszcie przyszedł styczeń 2004 r. Wzięłam udział w zakonnych rekolekcjach zamkniętych. Modliłam się do Pana i dziękowałam za to, co dla mnie uczynił, czytałam Biblię. I tam właśnie, podczas tych dni ciszy podjęłam decyzję, że chcę służyć Jezusowi prawdziwie według Jego Ewangelii. Zapadło postanowienie o opuszczeniu zgromadzenia. Gdy myślałam o tej decyzji, którą podjęłam, doświadczałam lęku. Prosiłam Pana, aby pomógł mi to wszystko przeżyć i pozałatwiać tak, jak trzeba. Rzeczywiście Jezus obdarzył mnie Swoją mocą, odwagą i radością. Sama się dziwiłam, że tak można to przeżywać, ale wiedziałam, że wszystko jest zasługą Jezusa Chrystusa. Umówiłam się też na spotkanie z pastorem Kościoła Zielonoświątkowego w Bydgoszczy. Podczas rozmowy wyjaśniłam, co postanowiłam i prosiłam o pomoc w poszukaniu jakiegoś mieszkania. Spotkałam się z życzliwym przyjęciem i zrozumieniem. Pod koniec lutego w dziwny sposób poczułam się słabo. Po wizycie u lekarza otrzymałam zwolnienie. Gdy doszłam trochę do siebie, zaczęłam się pakować i przygotowywać do odejścia ze zgromadzenia. Spakowałam swoje rzeczy i książki, tyle ile mogłam zabrać. Zanosząc zwolnienie do szkół, w których uczyłam, poinformowałam dyrekcje, że raczej tutaj już nie wrócę, ponieważ mam zamiar odejść z życia zakonnego. Chwała Panu niech będzie, że dał mi tyle odwagi. Ze strony dyrekcji szkół spotkałam się ze zrozumieniem w słowach: "nie można robić czegoś wbrew swemu sumieniu". Gdy sprawy w szkole miałam załatwione, dokończyłam pakowanie rzeczy. Nie mogłam tego robić całkowicie jawnie. Jedna z rodzin w tej miejscowości, w której mieszkałam bardzo mi pomogła. Nadszedł wreszcie dzień, w którym miałam opuścić życie zakonne. Gdy siostry ze wspólnoty poszły na Mszę, ja zadzwoniłam do moich przełożonych do Poznania. Oznajmiłam, że postanowiłam opuścić Zgromadzenie, ponieważ chcę żyć prawdziwie według Ewangelii. Wielkie było zdziwienie mojej byłej Przełożonej, gdy stwierdziłam, że życie zakonne dla Boga, jest jednak pozbawione Ducha Bożego. Po skończonej rozmowie przebrałam się w inne rzeczy i zostawiając habit zakonny wyszłam z domu. Był 3 marca 2004 r. Pierwsze dni przebywałam u zaprzyjaźnionej rodziny, za co jestem im wdzięczna. W tym czasie otrzymywałam dużo telefonów z zapytaniem, dlaczego odeszłam i kto jest temu winien. Odpowiedź była jedna: odeszłam ze względu na Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelię, a winien nie jest nikt. Nie miałam i nie mam żalu do kogokolwiek. Gdy już wyszłam z życia zakonnego, byłam niesamowicie szczęśliwa. Doświadczałam w sercu pokoju, jakiego nie znałam. Po trzech dniach od wyjścia z zakonu przeprowadziłam się do jednej z wierzących rodzin i pozostałam tam dwa miesiące. Jestem wdzięczna wszystkim siostrom i braciom z Kościoła Zielonoświątkowego za pomoc duchową w przeżywaniu tego czasu, w którym musiałam na nowo uczyć się żyć wśród ludzi w świecie. Dziękuję również za wsparcie materialne, za wszystkie rzeczy, które otrzymałam, bo nawet nie miałam się w co ubrać. Teraz poszukiwałam pracy i ufałam, że Pan mi ją da. Uwielbiam Cię, Panie za odwagę, którą mi dałeś. Dziękuję za ludzi, których postawiłeś na mojej drodze. Rozpoczynam nowe życie każdego dnia z Tobą, Panie. Dziękuję Jezu, że mnie zbawiłeś i że obdarzasz mnie swoją obecnością. Od maja 2004 r. mieszkałam w Solcu Kujawskim. Tam poznawałam normalne życie rodzinne. Nadal poszukiwałam pracy, jednak nic z tego nie wychodziło. Przeżyłam też taki czas, w którym zobaczyłam, że sama nic nie mogę, tylko zdać się na Boga. Wierzyłam i ufałam Jezusowi, chociaż patrząc po ludzku, nie było żadnej nadziei na pracę. Zaczęłam się starać o zasiłek dla bezrobotnych. W sierpniu 2004 r, odebrałam ostatnią pensję ze szkoły. We wrześniu i październiku nie otrzymałam żadnych pieniędzy. Pojawiła się szansa pracy w chrześcijańskim ośrodku dla uzależnionych. Po spotkaniu w ośrodku miałam umówiony termin przyjazdu do pracy na okres próbny. W tym samym czasie otrzymałam telefon z propozycją pracy w szpitalu. Pojechałam na rozmowę i otrzymałam tę posadę. Byłam w szoku, wyglądało tak, jak gdyby ta praca na mnie czekała. Wiem, że tę pracę dał mi sam Bóg i za to niech Jemu będzie chwała i dziękczynienie, że jeszcze raz się o mnie zatroszczył i nie pozostawił mnie samej. Dziękuję również wszystkim siostrom i braciom w Chrystusie ze Zboru Betel w Bydgoszczy, że zawsze mogłam liczyć na wsparcie modlitewne, a także materialne, gdy tego potrzebowałam. Niech Pan błogosławi wam każdego dnia i pozwala mieć społeczność ze Sobą. W taki oto sposób Jezus pomógł mi rozpocząć nowe życie z Nim i dla Niego każdego dnia.

[powrót]
© 2004-2017 Kościół Zielonoświątkowy Zbór "BETEL" w Bydgoszczy. Wszelkie prawa zastrzeżone. Nasza strona internetowa korzysta z plików cookies. Wiecej informacji o polityce cookies